Nadal nazywają Cię Czarną Panterą?

(śmiech). Nawet nie wiem, skąd wziął się ten pseudonim. Któryś z kibiców kiedyś tak mnie nazwał i się przyjęło. Co ciekawe, nigdy w życiu nie miałam pseudonimów. Ten był pierwszym. I ostatnim.

Podobno zostałaś bramkarką, bo nie przepadałaś za bieganiem? To prawda?

Jak najbardziej. Zacznijmy jednak od tego, że zaczynając swoją przygodę z piłką ręczną, nie miałam o niej żadnego pojęcia. Do mojej szkoły w Buku przyszedł jednak trener, który stwierdził: zrobimy drużynę piłki ręcznej. Wytłumaczył nam, na czym to wszystko polega, że jest piłka, zawodniczki, no i bramkarka. Od razu stwierdziłam, po co mam latać za piłką, jak mogę sobie stanąć w bramce i nie biegać. Jako że ten trener także był bramkarzem, zauważył, że może coś ze mnie będzie. Zaczął ze mną pracować i powiedział, że do pola już nigdy nie wrócę.

Nieprawdopodobna historia. Od braku pojęcia o piłce ręcznej do jednej z najlepszych polskich bramkarek w historii.

W Buku były dwie szkoły podstawowe, które zawsze ze sobą rywalizowały. W szkole nr 1 piłka ręczna już była, u nas nie. Zaczynałyśmy na poziomie regionalnym, później był poziom wojewódzki, gdzie zdobyłyśmy mistrzostwo. Kończyłam wtedy ósmą klasę. Na pożegnalny turniej przyjechał trener z Jeleniej Góry, który szukał zawodniczek. Jako że nie miał bramkarki, podszedł do mnie. Nie miałam za bardzo ochoty na wyjazd, nie byłam pewna, czy zgodzą się na niego rodzice. Stwierdziłam jednak, że jeśli dam radę się jakoś utrzymać – Karkonosze Jelenia Góra grały wtedy w II lidze i nie były to nie wiadomo jakie pieniądze, ale takie, że będę mogła chodzić do szkoły i mieć jakieś grosze na swoje potrzeby – to spróbuję. Oczywiście wyjeżdżałam z bólem serca, bo byłam bardzo zżyta z mamą i moim bratem, ale mama popchnęła mnie do tego, by powiedzieć tak. Zachęcała mnie, bym robiła to, co chcę robić. Zaczęło się więc od II ligi w Karkonoszach, a po pierwszym sezonie, w wieku 18 lat, zostałam powołana do seniorskiej reprezentacji – oczywiście jako trzecia bramkarka. Później awansowałyśmy z Karkonoszami do I ligi, aż w końcu nagle odezwał się do mnie Start Elbląg. Zdobyłyśmy brązowy, następnie srebrny medal, a później był już Montex.

Dopiero w Elblągu poczułaś, że piłka ręczna to to, co chcesz w życiu robić?

Nie. Wiedziałam już w Jeleniej Górze, jeżdżąc na kadrę makroregionalną.

Powiedziałaś, że odezwał się Montex. Co to wtedy dla Ciebie znaczyło?

To był mistrz Polski! Większego wyróżnienia i motywacji nie można było sobie wymarzyć. O Montexie zaczynało być wtedy w Polsce głośno. Stwierdziłam „a czemu nie! Jeśli spadać, to z górnego szczebla”.

Nigdy z niego jednak nie spadłaś.

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Nie żałuję, że podjęłam tamtą decyzję, bo tak naprawdę do tej pory moje najlepsze lata związane są z Lublinem. Oczywiście każdy etap życia był wyjątkowy – nie mogę powiedzieć, że Jelenia Góra i Elbląg nie miały znaczenia. To jednak w Lublinie odnosiłam największe sukcesy.

Jesteś nazywana najwybitniejszą bramkarką w historii lubelskiego klubu. Kiedykolwiek się taką czułaś?

Nigdy. Może dlatego, że zawsze bardzo krytycznie podchodziłam do siebie, swojej oceny. Trener Jankowski zawsze mi mówił „przestań, było dobrze”, a ja odpowiadałam „nie, mogło być jeszcze lepiej”. Od zawsze byłam pracusiem. Nigdy nic nie przychodziło mi w życiu łatwo. Musiałam swoje wypracować, bo jeśli na treningach nie szło mi na tyle dobrze, na ile bym chciała, bałam się o mecz. Być może dlatego, że do wszystkiego ciężko dochodziłam, z tego wszystkiego tak bardzo się cieszę.

Czasem mam wrażenie, że Wasze pokolenie miało w sobie więcej pokory. Teraz młodzi ludzie po jednym sukcesie potrafią myśleć, że są najlepsi.

Nie jest łatwo porównać czasy, kiedy my zaczynałyśmy, do obecnych. Teraz młodzi ludzie, młodzi zawodnicy, mają praktycznie wszystko. Mają super odnowę biologiczną, super wspomaganie jeśli chodzi o odżywki, więcej sponsorów, a co za tym idzie więcej możliwości. Być może to sprawia, że im jest po prostu troszeczkę łatwiej. Nie chcę mówić, czy to brak pokory, bo to zawsze sprawa indywidualna. Teraz pracuję w szkole, gdzie mam styczność z dziećmi i wiem, że to wszystko to różnica pokoleń. My urodziłyśmy się i grałyśmy w takim czasie, kiedy wszystko przychodziło dużo trudniej, trzeba było o wszystko walczyć. Podjęcie decyzji o tym, czy np. zostać w Lublinie, czy z niego wyjechać, było naprawdę trudne. Ja miałam możliwość wyjechać wcześniej, bo pojawiła się propozycja chociażby z Hypo, ale nie mogłam. Może wpłynęła na to sytuacja życiowa, bo zostałam sama z synem, ale po prostu nie potrafiłam zostawić Lublina i drużyny, z którą tyle osiągnęłam i z którą przeszłam wzloty i upadki. Nie żałuję, że zostałam w Montexie. Wiadomo, może przeżyłabym co innego, ale dzięki temu jestem teraz w punkcie, w którym jestem i za wszystko dziękuję. Mam syna, który dorasta, męża, z którym jestem bardzo szczęśliwa i malutką córeczkę, z którą mogę cieszyć się każdą chwilą, jaką przez karierę nie mogłam się cieszyć z synem. Z Julią widzę, co straciłam i także dlatego odcięłam się zupełnie od piłki ręcznej. Przed urodzeniem córki byłam jeszcze trenerką bramkarek w Borussii Dortmund, ale zabierało to dużo czasu. Stwierdziłam, że ten etap życia jest definitywnie za mną. Teraz poświęcam się rodzinie i sobie.

A nie żałujesz, że nie urodziłaś się później?

Nie, bo nie wiem, co by było, gdyby… A wiem, co przeżyłam i tego nikt mi nie zabierze. Teraz chcę pokazać córce drogę w stronę sportu. Być może nie piłki ręcznej, ale będę chciała, by miała cokolwiek do czynienia ze sportem. Jasne, że nie będę jej zmuszać do handballu – mój mąż także jest byłym piłkarzem ręcznych i mamy dyskusję, czy miałaby grać w bramce, czy polu (śmiech). Sport uczy pokory, dyscypliny, przegrywać i wygrywać, a to jest niezwykle ważne dla tego pokolenia. Wiele dzieci po prostu tego nie potrafi i nie umie sobie radzić z problemami.

Cofnijmy się na chwilę do 6 lutego 2000 roku. Pamiętasz tą datę?

Pamiętam i nie zapomnę do końca życia. Największy sukces, super rok bez przegranych w lidze i pucharach, chyba tylko jeden remis. Myślę, że każda z nas powie, że to najcudowniejsze lata, bo na tamte czasy zrobiłyśmy wszystko najlepiej, jak mogłyśmy.

A jak to jest możliwe, by na 44 rzuty rywalek wpuścić tylko 16 bramek?

Trzeba mieć dobrą obronę (śmiech). Bez niej rzutów wpadłoby na pewno więcej.

Chyba jesteś trochę za skromna.

Nie wydaje mi się. Piłka ręczna to gra zespołowa. Na koniec kariery namówiono mnie, bym pomogła drużynie z IV ligi. Zgodziłam się, stwierdziłam: a co tam IV liga. Dopiero wtedy zrozumiałam, na czym polega drużyna, dyscyplina i współpraca obrony z bramkarzem. Tam grały dziewczyny, które w większości zaczynały, bardzo młode – mogłam być dla nich mamą. Gdy byłam zostawiana sama sobie, pomyślałam: przecież grałam w reprezentacji, a tu nie mogę sobie poradzić z pustymi rzutami. Nie mogłam liczyć na obronę, bo te zawodniczki uczyły się piłki ręcznej. Uświadomiło mi to, jakie miałam szczęście być w zespole z super obroną – dla bramkarza 50 proc. to właśnie praca defensywy. Oczywiście, sytuacje sam na sam, rzuty karne są na mój plus, ale grając z przeciwnikiem na wysokim poziomie, musiałam większość obron zawdzięczać także moim koleżankom. Nasz sukces polegał na tym, że byłyśmy drużyną, mogłyśmy na sobie polegać i wspierać się, gdy coś nie szło. Wiedziałyśmy, że sama jedna zawodniczka po prostu nie da rady. Potwierdziłyśmy to rokiem, w którym wszystko było nasze.

Tego dnia, kiedy wpuściłaś tylko 16 goli, awansowałyście do ćwierćfinału Ligi Mistrzyń. Jaki ten sukces miał smak?

To było niesamowite. Pukałyśmy do tych znajdujących się bardzo wysoko drzwi. Drużyna z Lublina, z Polski, była tak blisko wielkiego sukcesu. To było niezwykłe wydarzenie i niezwykłe uczucie. Miło się do tego wraca.

A pamiętasz bój o mistrzostwo w sezonie 2005/2006, kiedy w serii rzutów karnych obroniłaś decydującą próbę Karoliny Semeniuk, co dało złoto?

Pamiętam, bo ten mecz był dla mnie koszmarem. Grałam wtedy masakrę! To Jola Pierzchała doprowadziła do dogrywki, rzutów karnych i to jej zawdzięczam fakt, że mogłam obronić ten rzut karny. Tamtego spotkania naprawdę nie wspominam miło, ale zdobycie mistrzostwa wyrównuje wszystko, co było wcześniej.

Powiedziałaś już, że nie czujesz się najwybitniejszą bramkarką. Kto więc według Ciebie nią jest?

To trudne do określenia. Wszystkie bramkarki cenią siebie, są ambitne i myślę, że żadna nie wskaże, kto był czy jest najlepszy. Każda z nas jest indywidualnością, ma inny styl bronienia i grała w innym momencie historii. Co za tym idzie, każda z nas jest na swój sposób najwybitniejsza i na ten tytuł zasługuje, podobnie jak i reszta zawodniczek. Wszystkie możemy się tak tytułować.

Co byś powiedziała młodym dziewczynkom, które chcą być bramkarkami? Co muszą w sobie mieć?

Muszą przede wszystkim chcieć. Muszą mieć charakter i muszą wiedzieć, że bramkarka jest jedna, zawodniczek z pola sześć.

A trzeba mieć w sobie trochę szaleństwa, żeby być bramkarką?

Ja chyba nigdy go nie miałam. Byłam zaliczana do bardzo spokojnych osób, być może to szaleństwo siedziało gdzieś w środku, ale go nie pokazywałam. Trzeba mieć jednak trochę inną wyobraźnię, umieć przewidywać, kalkulować i dobrze czuć przestrzeń, czytać grę. Po prostu trzeba dużo myśleć. Uważam jednak, że to na tyle wyjątkowa pozycja, że jeśli któraś z dziewczyn chce chce być bramkarką, wie o tym od początku. Jeśli jest się pewnym, że chce się tam grać, to będzie się grało. Miałam w Borussii taką bramkarkę, która teraz jest w reprezentacji juniorek i ona czuła od początku, mimo że dobrze rzucała. Była leworęczna, więc wszyscy mówili jej, by grała w polu. Ona jednak szła w zaparte. Treningi z nią były dla mnie świętem, widziałam w niej siebie, bo gdy jej się nie udawało, denerwowała się, siadała w kąt i płakała, bo myślała, że czegoś nie potrafi. Jej zawziętość i charakter doprowadziła ją do reprezentacji.

Miała też dobrą nauczycielkę.

Jedno musi współgrać z drugim.