Spodziewałaś się, że Puchar EHF z 2001 roku przez tyle lat będzie największym sukcesem w polskim, kobiecym, szczypiorniaku?

Oczywiście, że nie. Bardzo bym chciała, by dziewczyny miały więcej sukcesów i by przychodziły one tak, jak chociażby w przypadku Vive Kielce, które wygrało Champions League. Osobiście nadal jestem bardzo dumna, że udało nam się wygrać Puchar EHF, aczkolwiek szkoda, że nie udało się tego powtórzyć. Podobnie, jak na razie tylko my – nasze pokolenie, cieszyło się z medalu na młodzieżowych mistrzostwach świata. Też bym chciała, by tych krążków było więcej, bo na ich braku piłka ręczna tylko traci.

Pytam głównie dlatego, że to przecież Ty byłaś jedną z głównych architektek tego sukcesu. Twoim dziełem była pamiętna bramka w finale z Podravką Koprivnica, kiedy wzięłaś rywalkę na plecy i zdobyłaś „łatwego gola” z szóstego metra. Te wspomnienia często wracają?

To była jedna z najpiękniejszych chwil, jakie nam się przytrafiły, o jakiej marzyłyśmy i dla której wylewałyśmy pot na treningach. Dawałyśmy z siebie wszystko, ale niestety w Lidze Mistrzyń nie udało nam się zajść dalej niż do ćwierćfinału.

Teraz i to pozostaje w sferze marzeń.

No tak… Pamiętam, gdy po pierwszym mistrzostwie o wejście do Ligi Mistrzyń musiałyśmy walczyć z Hypo Niederösterreich, które broniło wtedy tytułu. Nasz sponsor stwierdził, że skoro jest szansa, trzeba awansować. My, ale i trener, zdawałyśmy sobie jednak sprawę, że nie da się tego przeskoczyć, nie da się wejść z 1. stopnia bezpośrednio na 10. Wiedziałyśmy, że musimy iść krok po kroku. Przegrałyśmy wtedy sromotnie 15 bramkami i wszyscy, łącznie ze sponsorem, zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Uświadomiło nam to, jak wiele pracy trzeba włożyć, by do Ligi Mistrzyń wejść. Ta praca przynosiła skutki, chociaż oczywiście po drodze nie obyło się bez problemów. Koniec końców udało się zajść tylko do ćwierćfinału Champions League.

Ty byłaś nazywana sercem legendarnego Montexu. Czułaś się tak?

Zawsze bardzo mi miło, gdy słyszę takie słowa. Może nazywano mnie tak, bo po prostu lubiłam grać na środku boiska, a ta pozycja wymaga kierowania drużyną. Myślę, że miałam dobry przegląd pola, dostrzegałam, co robią koleżanki i potrafiłam „rozdzielać zadania”. Chyba nie najgorzej tę rolę spełniałam. Mógł mieć na to wpływ fakt, że gdy zaczynałam swoją przygodę z piłką ręczną, to grałam właśnie na środku, wchodząc jednak do najwyższej klasy rozgrywkowej, najpierw występowałam rok na prawym, a później na lewym skrzydle. Trener zawsze się śmiał, kiedy kazał nam rzucać ze swoich pozycji, a ja szłam na środek rozegrania. Mówił „gdzie ty się pchasz”, a ja ze zwieszoną głową wracałam na skrzydło. Kiedyś jednak zabrakło środkowej i powiedział „no idź!”. Tak już zostało. Dzięki temu więcej jednak zrozumiałam.

A czujesz się legendą Montexu, polskiej piłki ręcznej?

Jak słyszę to pytanie, to myślę, że może powinnam już być dużo starsza niż jestem (śmiech). My tworzyłyśmy Montex i chyba dlatego właśnie w taki sposób jesteśmy wspominane. To były czasy, gdy piłka ręczna zaczynała się rozwijać. Pamiętam, gdy zdobyłyśmy pierwsze mistrzostwo. Kolejne też były piękne, ale tamto smakowało inaczej, najlepiej. Natomiast, czy czuję się legendą? Zapisałyśmy się w historii. Kiedy oglądam mecze i widzę wywieszoną flagę, na której są nasze podobizny i nazwiska…

Byłaś na niej pierwsza.

Bo prawie pierwsza skończyłam karierę. Zawsze jednak byłam i nadal jestem dumna z tego, że na tej fladze jestem.

Nie żałujesz, że nie urodziłaś się trochę później? W dzisiejszych czasach, za sprawą ogólnodostępnych mediów byłabyś pewnie jeszcze większą gwiazdą.

Fakt – pod tym względem tamte czasy dużo nam zabrały. Pamiętam, że gry wygrałyśmy Puchar EHF „Przegląd Sportowy” zrobił o nas reportaż. Dla nas największym osiągnięciem było to, że w końcu byłyśmy na pierwszych stronach tej gazety. Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, a my byłyśmy dumne z tego, że na lotnisko przyjechała telewizja i nagrywała z nami wywiady, tym bardziej że mecz finałowy był transmitowany chyba tylko w telewizji Polonia i to pół na pół z innym spotkaniem. Teraz na pewno miałybyśmy tych mediów w swoim życiu więcej i wydaje mi się, że byłoby nam łatwiej. Kiedyś niezwykle trudno było znaleźć sponsorów. Miałyśmy wyniki, ale niełatwo było je docenić. Aczkolwiek nie żałuję, że grałam w tamtej drużynie. Ten zespół był wyjątkowy.

Wspomniałaś o „Przeglądzie Sportowym”. Byłaś pierwszą i jak dotąd jedyną piłkarką ręczną nominowaną w plebiscycie na najlepszego polskiego sportowca. Wierzysz w to, że do tej pory nie było drugiej takiej zawodniczki jak Ty?

Takie nominacje idą za sukcesami. Nasze dziewczyny je co prawda miały, bo przecież dwukrotnie zajmowały czwarte miejsce na mistrzostwach świata. Na pewno pojedyncze zawodniczki są klasowe i zasługują na takie wyróżnienia. Jedną z nich w mojej opinii jest Karolina Kudłacz-Gloc, która od lat utrzymuje wysoki poziom. Ja byłam nominowana akurat po zdobyciu Pucharu EHF i z tego również jestem do tej pory dumna. To było dla mnie zaszczytem, choć uważam, że to po prostu mi jako kapitanowi przypadł ten honor, bo generalnie była to nagroda, na jaką zasłużył cały zespół. Mogę tylko żałować, że nadal jestem jedyna. Nie udało się piłkarzom ręcznym, którzy również osiągali sukcesy, a których z przyjemnością oglądałam. Piłka ręczna nadal jest moim życiem, nadal ją kocham. Cieszyłabym się, gdyby komuś udało się to moje osiągnięcie powtórzyć, bo taka nominacja to ogromne wyróżnienie. Pamiętam, że bardzo ubolewałam, że nie mogłam pojechać na galę przyznania nagród, ale dzień później grałyśmy mecz w Lidze Mistrzyń i nie dostałam zgody trenera. Mocno wtedy cierpiałam.

W trakcie swojej kariery grałaś nie tylko w Polsce, ale i w Norwegii, gdzie teraz mieszkasz. Obecnie wydaje się, że przeskok między ligą norweską, a polską jest ogromny. Jak było wtedy?

Jeszcze gdy występowałam w kadrze, grałyśmy na równi z Norweżkami. One jednak zaczęły iść naprzód, a my się zatrzymałyśmy. W Norwegii system szkolenia, ale i podejście do sportu jest inne. Aktualnie, od kilku lat, jestem trenerką drużyny mojej córki i tak naprawdę wszystkim zajmujemy się my – rodzice. Robimy to społecznie. Ogólnie w Norwegii mówi się, że na 5 mln osób, 900 tys. trenuje piłkę ręczną. Może też dlatego, jest z kogo wybierać późniejszych reprezentantów. Jak już powiedziałam, podejście jest inne – przychodzi się na treningi, bo chce się trenować. To wpływa na mentalność. U nas czasami, gdy trener nie patrzył, uważało się, że można się poobijać. Tutaj coś takiego nie istnieje, bo pracujesz dla siebie, a nie dla trenera. Obrazuje to gra Norweżek na wielkich turniejach. One wychodzą na boisko, dają z siebie wszystko, a gdy jedna się zmęczy, zastępuje ją inna, równie dobra zawodniczka. Nie dyskutują też z tym, co odgwiżdże sędzia i takich zachowań są uczone od małego. Nie leżą, nie awanturują się, a zapierdzielają do obrony. My byliśmy uczeni inaczej – ja także. Chwile mi zajęło, by się przestawić i zmienić nastawienie, ale to kwestia szacunku i autorytetu. Uważam, że w Norwegii ludzie mają do siebie trochę zdrowsze podejście. Bo przecież, gdy turniej dzieciaczków sędziuje np. 12-letnie dziecko, to gdy się pomyli mam na nie krzyczeć? Każdy popełnia błędy. Te wszystkie różnice zauważam doskonale, gdy przyjeżdżam do Polski i idę na mecz dzieciaków. Słyszę wtedy reakcje rodziców, które często są ostrzejsze niż być powinny.

A lubisz wracać do Lublina?

Pewnie, że tak. Bardzo lubię przyjeżdżać do Polski, bo za nią tęsknię i chciałabym kiedyś wrócić na stałe. A w Lublinie spędziłam kawał swojego życia i świętowałam w nim największe sukcesy. Mieliśmy fajną drużynę, świetne zawodniczki, z którymi przyjaźnię się do dziś. Z Małgosią Majerek spotykamy się na przykład co roku, zawsze jeździmy razem na wakacje, podobnie jest z Dorotą Małek. To są zawsze cudowne spotkania. Chcemy zorganizować taki zlot w przyszłym roku, na 20-lecie wygranej w Pucharze EHF. Mam nadzieję, że się uda, bo to byłby cudowny czas.

Dla Ciebie te relacje to coś jeszcze ważniejszego od wyników i sukcesów?

Pięknie określiła to ostatnio Dorota Małek, ale ona zawsze potrafiła dobrze mówić. To jedna z najbardziej wartościowych rzeczy w sporcie – nie tylko uczy, ale i wiele nam daje: niezapomniane chwile, przyjaźnie na całe życie, ale także to, że możemy poznawać świat. Pamiętam, jak w 1985 roku pojechałyśmy na mistrzostwa świata do Seulu. Jedna z koleżanek mojej mamy z pracy zapytała ją: „pani, gdzie ta pani córka trenuje? Ja też swoją zapiszę, niech ona też pojeździ”. To było miłe. My – sportowcy, jesteśmy taką specjalną – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – grupą ludzi, sport daje nam dużo radości, możliwości, a czasem nawet pozwala ułożyć sobie życie.

A propos mistrzostw. W grudniu rozgrywane będzie Euro. Będziesz wspierać Polskę czy może Norwegię?

Sercem będę oczywiście za Polską! Wiem jednak, że reprezentacja ma teraz trochę problemów, co zmniejsza nasze szanse, a Norwegia gra u siebie, co z kolei te szanse podwaja. Zawsze jednak powtarzam, że nie można przegrać meczu zanim się zacznie. My w Montexie uczyłyśmy się tego kilka lat zanim zaczęłyśmy wygrywać z najlepszymi. Przed jednym ze spotkań z Hypo myślałyśmy „O Jezu, znowu one. Żebyśmy tylko dychą nie przegrały” – nie ma szans wygrać takiego meczu. Tupnęłyśmy wtedy nogą i powiedziałyśmy sobie, że wygramy. Wyszłyśmy na boisko i rzeczywiście zwyciężyłyśmy. To był moment przełomowy dla tej drużyny, dla naszej psychiki. Od tego momentu pięłyśmy się na szczyt. A jakie byłyśmy dumne, gdy pokonywałyśmy wyżej notowanych rywali! To był kawał pięknej przygody.

Oglądasz teraz mecze MKS?

Jak mi się uda i jak nie zapomnę, to staram się oglądać. Jest już jednak coraz mniej zawodniczek, z którymi miałam coś wspólnego. Pewnie jakbym weszła do szatni, to by nawet nie wiedziały, kim jestem.

Myślę, że jednak by wiedziały.

No nie widziały mnie za dużo, chyba że na zdjęciach, jeśli jakieś ostały się w klubie. Ja na przykład w swoim domu w Polsce mam taką małą galeryjkę plakatów meczowych, medale jednak w większości w szufladach, chociaż ten za wygranie Pucharu EHF i z młodzieżowych mistrzostw świata jest wystawiony. O tym nie da się i nie można zapomnieć.